czwartek, 12 lutego 2026

Wielki piec | urbex.

Ostatni płomień zgasł, gaz z czadnicy już więcej nie popłynie.
    I w tę ciszę należało w końcu wejść, zetknąć się ze specyficznym zapachem, zatopić buty w kurzu, otrzeć się o rdzę.
    Solidna konstrukcja obiecywała znacznie więcej. Ile jednak zdołałam wykorzystać tego potencjału, tyle moje, a większość i tak była tylko dla moich oczu.


Wydaje się, że to taki surrealny świat. Wchodzisz w gąszcz, z którego prócz krzewów, wystają potężne, żelazne potwory. One już się nie poruszą. Są stałe jak kamienice. Solidne.
Wchodzę więc wyżej i jeszcze wyżej, póki głos rozsądku nie przypomni: lepiej niech nikt cię nie zauważy.
    Aby tu dojść należało przemierzyć godzinny szlak. To tak na rozgrzewkę jak przed dobrym szczytowaniem w górach. Nagroda wtedy zawsze jest zacna – widoki nie do zapomnienia.


Ale pod dachem ile szczebli w drabinach, byle wyżej i przed siebie. Zajrzeć wszędzie gdzie się da, zobaczyć rzeczy, jakich na co dzień się nie widuje. Zmierzyć się z ogromnym zakładem niby fortecą.
    Im bliżej jesteś tym bardziej czujesz, jaka to góra.















Jak po każdym zejściu ze szlaku, gdy doświadczyło się czegoś monumentalnego, człowiek zastanawia się, czy zobaczy jeszcze kiedyś coś choćby podobnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz