środa, 8 kwietnia 2026

SUDETY | GÓRY SOWIE | Wielka Sowa 1015 m n.p.m.

Dzień zaczął się wyśmienicie. Pierwsza sprawa – porządnie się wyspać (odhaczone). Druga sprawa, napić się kawy (odhaczone). Nic nas absolutnie nie goniło, to miały być wypoczynkowe mini wakacje. Głowa zrelaksowała się na 100%.
    Nasze poczynania miała regulować pogoda, ale ta była tak rozregulowana... Góry – i wszystko jasne. Porządny szwendacz musi być gotowy na wszystko.


Pod moim butem znalazł się najwyższy szczyt Gór Sowich i jeden z Korony Gór Polski.

W województwie dolnośląskim w krainie tajemniczości, pośród wiecznie zielonych lasów, ciągną się szlaki wygodne dla każdego.
    Nasz zaczyna się betonowymi prefabrykantami – to jedyny mankament. Nie lubię takich "udogodnień"... na szczęście jest wydeptana ścieżka obok.

Właściwy szlak, dziki i uroczy, rozpoczyna się trójkątnym obeliskiem z orłem.
    Nawet osoby bez kondycji powinny sobie poradzić – czerwony szlak od Schroniska Orzeł, nie zaskoczy żadnymi ostrymi przewyższeniami.
    Być może to co teraz napiszę, jednych rozbawi, innych obrzydzi... przez łatwość zdobywania tejże góry, wspinają się na nią całe rodziny (dobrze, że jeszcze z wózkami nie próbują...). Niestety małe domowe pieski podążają za nimi, więc jazgot mijających się czworonogów, to standard w eterze.
    Problemem bytności tutaj tych piesków jest to, że ich właściciele po nich nie sprzątają i w efekcie pierwsza połowa szlaku jest "zaminowana". Cały czas trzeba patrzeć gdzie się nogi stawia, na szczęście wypróżnianie kończy się mniej więcej w połowie góry.

Czy Polska naprawdę jest nadal tak zacofana?




Po drodze spotkamy piramidalny Pomnik Carla Wiesena. Co to za człowiek? Był on niemieckim fabrykantem zakochanym w Górach Sowich. To on zainicjował budowę pierwszej (drewnianej) wieży na szczycie góry, a także przekazał  grunt pod budowę schroniska.
    Na pomniku widnieje napis „Dem Andenken des treuen Freundes unserer Berge Karl Wiesen”, co po polsku oznacza: „Na pamiątkę oddanemu miłośnikowi naszych gór, Karlowi Wiesenowi”.




Na szczycie charakterystyczna biała wieża, a wokół turystyczny gwar.

Można sobie tylko wyobrazić, co się tu dzieje w sezonie...
    Na miejscu zastaniemy stoły z ławkami. Oczywiście rzeźba sowy i muflona – zwierzę, które naturalnie występuje na tym terenie. Jest też sklepik z pamiątkami, który poza sezonem jest zamknięty. Nieopodal stalowa wieża przekaźnikowa, która podobno przy dobrym wietrze nieźle wyje.

Cieszę się, że zdobyłam Wielką Sowę poza sezonem i to jeszcze w święta...


Mała ja i wielka ona.

A w środku to, co lubię najbardziej.
Kręciołek. :)

Ostatnio prosta, 
też kręciołek. :)

Wieżę wybudowano w roku 1906. Ma 25 metrów wysokości. Przed nią była tu drewniana, nazwana: Żelazny Kanclerz Otto van Bismarck. Dzisiejsza murowana ma imię od Mieczysława Orłowicza.
    Widok z tarasu 360 stopni, widać Śnieżkę, Śnieżnik i Ślężę. Internet oznajmiał jakoby wejście na wieżę jest odpłatne, a poza sezonem niemożliwe. Cóż, cud panie.








Najsmaczniejsze śniadanie to takie, które zjada się w jakimś ciekawym miejscu.
Nawet jeżeli to tylko kanapka.

W dalszą drogę wybraliśmy się innym szlakiem przez Małą Sowę. Szczyt bardzo niepozorny, zalesiony, więc nie spodziewajcie się widoków (odhaczone).
    I gdzieś tu mniej więcej złapał nas mały deszcz. Płaszczyk a'la Buka nadał się idealnie.




Po wędrówce należało odpocząć, przecież dzień był jeszcze młody, przed nami kolejne plany do realizacji, a celem głównym wyjazdu było – zwolnić tempo.
    Przyznam, że życie u mnie osiągnęło w pewnym momencie zawrotne prędkości. Grunt to potrafić wcisnąć hamulec. Obecnie znów przyspieszyłam, ale nie na tyle, by nie znaleźć czasu na parę słów tutaj. Zaczęłam tę codzienność równoważyć.

Mam słabość do amerykańskich starszych samochodów, nawet takich.

To chyba Fronterki... planowałam kiedyś mieć taką.

Zmiana o 180 stopni – błoto błotem, a my odpoczęliśmy chwilkę w luksusie.
W końcu trzeba być elastycznym.

A w planie szturm na zamek stojący na innej górze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz