Jeden z tych industriali, które zapadają w pamięć. Iście apokaliptyczny pejzaż zajęty rozkładem, na widowiskowym planie gór. Łączy je wspólny mianownik – przyroda, która przejmuje wszystko, wręcz ożywia na swoje potrzeby.
Naturalna destrukcja oblepiła każdy fragment terenu, zamieniając całość w obraz rodem z filmów zagłady.
Późno-zimowa eskapada na Słowację.
Paradoksalnie, jest to świat wymazany, a jednak ten fragment cywilizacji – ustępując naturze – tworzy niezwykle malowniczy obraz, w którym rdza kontrastuje ze zjawiskowym światłem tańczącym w kłębowiskach chmur.
Mówią, że nie istnieje miejsce doskonałe. Spróbujmy jednakże przyjąć, że to może być jedno z nich – w poczuciu postapo – wszechobecne zniszczenie i surowy realizm, na drodze powrotu do zdziczałej rzeczywistości.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz