poniedziałek, 6 kwietnia 2026

SUDETY | GÓRY SOWIE | Baza Wypadowa.

NOCLEGI SÓWKA

Świerki 64
Ludwikowice Kłodzkie

Tym razem opowieść pamiętnikarska. Na święta moim zwyczajem / moją tradycją jest wybrać się w podróż. Tęsknota za górami i rosnący zew natury, sprawił że zapragnęłam jakiegoś przyjemnego szlaku górskiego.
    Zdałam sobie też sprawę z tego, że od bardzo dawna nie przebywałam w naturze. We wolny czas w tygodniu lubię poszwendać się z aparatem po mieście. Weekendy spędzam inaczej (jeśli nie jestem w szkole); zawsze towarzysko.
    I dopiero gdy wsiadłam w samochód, zrozumiałam jak bardzo, jak szaleńczo brakowało mi podróży w góry. Ostatnio rzeczywiście dawno nigdzie nie jeździłam w żadnej formie, odmawiałam okazjom w imię pewnych priorytetów... Dużo owocnej pracy za mną i sporo jeszcze przede mną...
W tej przygodzie miałam towarzysza, a później zrobiło się ich niespodziewanie więcej.


Bez większego przebierania rezerwacja z opłatą poszła przez Book'ing. Cena gra rolę, więc była najwyższym kryterium. Właściwie liczy się tylko, aby się umyć po trekkingu i wyspać, więc omijam ośrodki turystyczne, a jakieś szczególne wygody nie są mi potrzebne.
    Czyiś dom powinien być cichą przystanią, prawda? Zatem padło na adres, który podałam na samym początku tego wpisu. A propos kryterium... czy mogą nim być przepiękne stylizowane meble?

A podróż? Zobaczcie sami:


Gospodarstwem opiekuje się starsze małżeństwo. Ona jest ze Szczecina, on z tych gór. Był górnikiem w KWK Nowa Ruda, opowiadał sporo o tamtej pracy, był elektrykiem.
    Ona nauczycielka po Germanistyce. Zakochana w starej architekturze, więc doskonale mnie rozumiała, gdy zaczęłam opowiadać o ciekawostkach jakie znalazłam w starych kamienicach pobliskiej miejscowości.

A oboje trafili tu jakby przypadkiem... to prawdziwa historia miłości i poświęcenia. Jako młodsze małżeństwo zamieszkali w Szczecinie. On jednakże dusił się w czterech ścianach, a życie miejskie go przygnębiało. Ona zakochana w tętniącym życiem Szczecinie, wybrała się w podróż ze swoją klasą w rejony rodzinne męża. Wtedy spontanicznie zainteresowała się gospodarstwem na sprzedaż. Potajemnie wpłaciła zaliczkę nabywając w zasadzie ruinę...
    Gdy przyprowadziła tu męża, zadała mu jedno pytanie: czy to się do czegoś nadaje? Przywróciłbyś to do życia?
    On pooglądał dokładnie, stwierdził, że wszystko jest zdrowe i że tak, doprowadziłby to do stanu używalności. A trzeba wiedzieć, że on się na tym bardzo dobrze zna, czego dowodem jest istniejący dziś gościniec.

No to możesz już zacząć – powiedziała, obserwując na twarzy męża rodzące się szczęście.

Sprowadzili się tutaj, natomiast mieszkania w Szczecinie nie sprzedali. Gospodyni odczuwa bowiem często miejski zew i opuszcza gospodarstwo. Jedzie do swojego ukochanego Szczecina, by tam oddychać miastem, spotykać się ze swoimi przyjaciółmi, znajomymi, rodziną. Bywać, oddawać się kulturze.
    Jak powiedziała, jedyną rozrywką w tej małej wiosce, w której teraz na stałe mieszkają, są książki. Ale ile można prowadzić życie w książkach?
    Dlatego raz jest tu, a raz w Szczecinie. Wciąż migruje za głosem serca.

Widok z okna kuchennego.



Przedpokój z wejściem dla gości.
O piłkę do piłkarzyków trzeba poprosić. ;)

Nie ma możliwości gotowania, ale mikrofala i czajnik są. I lodówka - najważniejsze.
Sztućce, podstawowe naczynia, kawa herbata i kawiarka przelewowa (filtry również).

TV jest ale nikomu nie przyszło na myśl by włączać.





Ściany zdobiły stare fotografie.
Obrazki regularnie się zmieniają, bo goście je kradną... jak z resztą wiele innych rzeczy, sztućce, ręczniki, potrafią wynieść nawet całą pościel z kołdrami włącznie.

Upodobałam sobie ten kubeczek na poranną kawę do książki.

Korytarz prowadzący do pokoi.
Te wyróżniające się drzwi na końcu, prowadzą do droższych apartamentów
.


Drugimi gośćmi była rodzina z Czech. Polacy, ale na stałe mieszkający w Pradze. Wieczorami przychodził do nas reprezentant, ojciec domu, ;) a gawędę miał bogatą. Właściwie nie było chwili milczenia, przegadywaliśmy razem długie godziny.
    Miałam okazję spróbować regionalnego piwa, a ponieważ na procentach nigdy mi nie zależy, wybrałam jedno APA 0%, a drugie ciemne z alkoholem, ale za to pyszne, więc starczyło na dłużej.

Drugiego wieczora do stołu dosiedli się właściciele gospodarstwa, a rozmów nie było końca, siedzieliśmy do północy. Nawet nie zauważyłam kiedy ten czas minął...



Między tymi spotkaniami oczywiście największą część doby zajmowała turystyka zwykła i ta trochę bardziej skomplikowana. Na górskim szlaku byliśmy dwa razy. Zwiedziliśmy kilka miejscowości, wspaniałe pałace i zamki, nie zabrakło też urbexu.
    Niech ten wpis będzie więc zapowiedzią cyklu wielu ciekawych wycieczek w rejonie Gór Sowich.


A Tymbark powiedział:


I było. :)
Nawet lepiej niż to sobie wyobrażałam.
Boże jakże wspaniale odpoczęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz